Armagedon- mój prywatny koniec świata.
- Elka Garbarz- Orzechowska

- 22 lis 2018
- 1 minut(y) czytania

Kilka już przeżyłam. Tych końców świata. Pierwszy bodajże miał być 7.07 1977- no bo cztery siódemki, to oczywiste. Potem 1.01.2000. potem różne inne okoliczności... I co roku, przed Adwentem czytana Apokalipsa, też trochę ciarki na plecach wywołuje. Tylko wraz z rozwojem osobistym, coraz bardziej dociera, że jestem ze swoimi myślami, odczuciami, historią, wyborami, zupełnie odrębnym wszechświatem. Kiedy spadnę z historii ludzkości, jak ten liść z drzewa, wyrosną potem następne pokolenia. A dla mnie, jak dla tego liścia, nastąpi koniec świata. Więc po co pytać: KIEDY? Nie tylko Jezus w Ewangelii, ale i wszyscy mędrcy ludzkości nawoływali, żeby wykorzystywać teraźniejszą chwilę, bo jest niepowtarzalna. Że trzeba porównywać siebie do siebie wczorajszej, nie do innych. Wtedy się można cieszyć rozwojem. I już się końca świata nie boję. I już teraz publikuję dla bliskich mi osób, te kilka słów.




Komentarze